2 października 2012

Kwiat wiśni

Podziel się ze znajomymi

„Kwiat wiśni” to  film jak kolejne memento: jak łatwo można trwonić czas, zamiast cieszyć się każdą jego częścią. Brzmi to jak banał, ale  Doris Dörrie (reżyser) daleka jest od jakiegokolwiek moralizowania. Opowiada nieśpiesznie  historię małżeństwa Trudi i Rudiego. Stają w obliczu największej próby – Trudi zostaje poinformowana, że jej mąż jest śmiertelnie chory.
Ci starsi ludzie, którzy mieszkają u podnóża Alp, wiodą spokojne życie. On jest urzędnikiem w pobliskim mieście, ona nie pracuje. Pasjonuje się  japońskim tańcem butoh i kulturą kraju kwitnącej wiśni. Ich dorosłe dzieci dawno już opuściły dom, młodszy syn założył rodzinę,  córka żyje  w związku z kobietą. Najstarszy Karl jest samotny i pracuje w Japonii.
Trudi  ma za zadanie w jakiś sposób oswoić diagnozę  i przekazać mężowi. Ale jak to zrobić, na miły Bóg, jak powiedzieć najbliższej osobie: – Pozostało ci pół roku życia.  Otacza męża czułością, pragnie  przeżyć z mężem coś wspólnie. Być bliżej. Jadą do dzieci do Berlina, potem nad Bałtyk. Widzimy jak bezradnie, próbuje oswajać nieśmiało męża z tematem rozstania. Niesie ten ciężar sama, nie mówi o tym nikomu: ani dzieciom, ani przyjaciołom. Skrywa diagnozę  w sobie jak ciemną tajemnicę,  paraliżowana strachem i niemocą. I nagle, w czasie pobytu nad morzem, w nocy śni się jej tancerka tańca butoh. Pojawia się milcząca, z białą twarzą i zabiera  ją. Trudi umiera we śnie.

Nie znamy uczuć Rudiego. To raczej skryty i małomówny człowiek. Dzieci niezbyt wiedzą, co z nim począć po śmierci matki, bo to ona tworzyła dom i rodzinę, była dobrym duchem ich wszystkich. Rudiego śmierć żony wyrywa z ułożonego trybu życia. Nie wiemy czy dowiedział się o diagnozie, nie wiemy co wpłynęło na niego, widzimy go na lotnisku w Tokio, z wizytą u Karla.
Szybko  okazuje się, że nie chodzi tu o zwykłe odwiedziny syna. Rudi przyjechał , aby poznać kraj marzeń i pasji żony. Aby zbliżając się do niego, być bliżej Trudi i  tego, co kochała.  Aby metaforycznie – choć Rudi realizuje to dosłownie – być zamiast niej, a jednocześnie nią w Japonii. Dosłownie, bo przywozi tam ubrania i drobiazgi, których używała w dzień przed śmiercią.
Niezwykła jest to żałoba, pełna poezji i uśmiechu zarazem, bo  w betonowej dżungli Tokio musi radzić sobie starszy pan z Europy. Poznaje w parku bezdomną tancerkę butoh, która wprowadza go w świat obcej kultury, tłumacząc, a może lepiej powiedzieć  nazywając na  nowo ukryte znaczenia w jego relacji z Trudi.  Lekkość z jaką Doris Dörrie opowiada tę historię powoduje, że z zainteresowaniem kroczymy  w ślad za Rudim, przyglądając się jego niezwykłej podróży.
Ta opowieść  nie pozbawiona jest wielu gorzkich uwag. Nie dowiemy się dlaczego Trudi nie odważyła się na rozmowę z mężem, co blokowało ich kontakt. Karl bardzo cierpko podsumował jakość relacji rodziców, jako ucieczkę ojca w służbowe tematy od bliskości z matką. On sam dokonał w życiu podobnego wyboru – uciekł od bliskości z rodzicami aż do Japonii, by żyć tam samotnie  w iście japońskim, pracoholicznym kieracie. Czy winna jest temu rodzina pochodzenia? Nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Jednoznaczny jest natomiast  jakże piękny obraz  Święta Kwitnącej Wiśni, które  trwa bardzo krótko, więc trzeba się nim cieszyć, póki czas. Równie ujmujące jest niezwykłe zakończenie tej historii, gdy Rudiemu u stóp góry Fuji  udało się połączyć/pojednać/odnaleźć żonę.
Hanami – Kwiat wiśni (2008) reż. Doris Dorrie

fot.: listal.com

 



Inne w tej kategorii



Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Używamy plików cookies, aby ułatwić Ci korzystanie z naszego serwisu oraz do celów statystycznych. Jeśli nie blokujesz tych plików, to zgadzasz się na ich użycie oraz zapisanie w pamięci urządzenia. Pamiętaj, że możesz samodzielnie zarządzać cookies, zmieniając ustawienia przeglądarki. Więcej informacji jest dostępnych na stronie Wszystko o ciasteczkach.

Akceptuję