5 października 2012

Wiarołomni

Podziel się ze znajomymi

„Wiarołomni” to  film o zdradzie. Przejmujący do szpiku kości. Zagrany i poprowadzony niezwykle wyraziście, choć ta całość wyłania się powoli, warstwami, przez co trzeba nieco wytrwałości, aby oswoić się z wolnym tokiem narracji. Zacznijmy od tego, że scenariusz do niego napisał Ingmar Bergman, który tak przenikliwie zobrazował rozpad małżeństwa w “Scenach z życia małżeńskiego”. Napisał, ale nie dał rady go zrealizować. Zbyt żywe było to, co w nim zawarł, bo nie jest tajemnicą, że wiele w nim jest fragmentów z jego własnej biografii i burzliwego romansu, który przeżył w latach 50. Temat podjęła jego inna życiowa partnerka Liv Ullmann, w pewien sposób uprawniona, aby zrobić film o Bergmanie, bo to on jest jednym z bohaterów. Stary reżyser, w samotności tworzy scenariusz. Pisząc spotyka się w wyobraźni z postaciami swojej historii i prowadzi z nim dialogi.
Główną rozmówczynią jest aktorka teatralna  Marianne, żona światowej sławy dyrygenta Markusa. To artystyczne małżeństwo, mają jedną córkę Isabelle i wiodą spokojne, ułożone życie. Wszystko na swoim miejscu. Pewnego razu Marianne zaprasza pod nieobecność Markusa reżysera Davida przyjaciela ich domu, na kolację. Widząc go w kiepskim stanie, postanowiła się nim zaopiekować tego wieczoru. W trakcie rozmowy pada propozycja Davida: – Czy nie zechciałabyś się ze mną kochać? Marianne obraca to w żart, po czym proponuje mu, że jeśli jest mu smutno i czuje się źle, to mogą spać w jednym łóżku. I jak to określa w swej opowieści, jak stare, dobre małżeństwo, kładą się grzecznie spać. W nocy Marianne budzi się i wpatruje się w twarz śpiącego Davida. Coś w niej się zmienia – jak mówi o tym.

Opisuję te szczegóły, bo wciąż zastanawiam się nad przyczynami, dlaczego Marianne rozpoczyna ten romans. Bergman nie pokazuje zbytnio małżeństwa Markusa i Marianny. Nic nie wiemy o ich wspólnym życiu, oprócz tego, że wydaje się poukładane. Czy szczęśliwe? – raczej nie, bo szczęśliwy człowiek nie szuka nowych relacji. Zdrada nie rodzi się z satysfakcji w związku, choć prawda o niej jest też taka, że po wielokroć małżonkowie nie są świadomi, jak bardzo pusta i jałowa staje się ich relacja, nie czują więc, że zaczynają angażować się poza związkiem.  Czy tak było w przypadku Marianne i Markusa? – nie wiem, choć odpowiedź o przyczynę tej zdrady nie dawała mi przez cały film spokoju, do kluczowego finału.

Po tygodniu Marianne i David spotykają się. Marianne już wie, że chce zacząć romans. Podjęła taką decyzję pomimo, jak to określiła, zapalonych wszystkich ostrzegawczych świateł. Ponieważ wyjeżdżała na miesiąc do Paryża, postanowiła zabrać tam Davida, mówiąc Markusowi, że będzie on tam przebywał w swoich sprawach i tam go spotka.

Podglądamy ten romans bez przyjemności, że o to na naszych oczach rodzi się piękne i nowe uczucie. I Mariane, a zwłaszcza David noszą w sobie jakąś zapowiedź przyszłego dramatu. On jest chorobliwie zazdrosny, czemu daje dość szybko wyraz. Ona po miesiącu spędzonym razem próbuje powrócić do normalnego życia, zapomnieć o nim, ale rozbudziły się już ogromne namiętności, których nie jest w stanie zahamować.

Finału łatwo się domyśleć. Małżeństwo z Markusem rozpada się i zaczyna burzenie starego związku i zadawanie ciosów, za pomocą wydzierania opieki nad Isabelle. Bergman w swoim scenariuszu pokazywał Marianne jako ofiarę tej historii. Liv Ullmann zmieniła te akcenty, czym zaskoczyła autora, bo to Isabelle jest tą, która traci najwięcej i płaci najwyższe koszty za konflikty dorosłych. Jest bezbronna i przestraszona tym, co się dzieje z jej matką i ojcem.
Zachęcanie do obejrzenia tego filmu budzi we mnie pewien dyskomfort. To coś w rodzaju nawoływania: chodźcie, podglądajcie cudze życie, patrzcie na ich najintymniejsze chwile, na to, jak ludzie potrafią się ranić.  “Wiarołomni” to obraz niezwykle realistyczny i precyzyjnie skrojony.  Film ogląda się  z narastającym uczuciem niedowierzania i zadziwienia, jakby nad życiem Marianne, a może bardziej  Isabelle zawisło fatum. Z niewinnej chęci pomocy przyjacielowi- jakby się miało wydawać –  rozpętało się piekło. Namiętności, które wybuchły z tak wielką siłą, zażądały najwyższej ceny – życia. Choć można się domyślać, jak kończą tego typu historie, finał tego filmu jest jednak zaskakujący. Odsyła do motta, które jak gorzkie memento pojawia się na początku: rozwód jest najgłębszą raną jaką może zadać życie. Chcieliście rozwodów, to je macie, zdaje się ironicznie mówić Bergman wspólnie z Liv Ullmann.

Wiarołomni (2000) reż. Liv Ullmann

fot.: filmkrant.nl



Inne w tej kategorii



Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Używamy plików cookies, aby ułatwić Ci korzystanie z naszego serwisu oraz do celów statystycznych. Jeśli nie blokujesz tych plików, to zgadzasz się na ich użycie oraz zapisanie w pamięci urządzenia. Pamiętaj, że możesz samodzielnie zarządzać cookies, zmieniając ustawienia przeglądarki. Więcej informacji jest dostępnych na stronie Wszystko o ciasteczkach.

Akceptuję